top of page

Turystyka

Tęcza,

czyli kolorowy przewodnik po Paryżu

 

Chmury nad Paryżem zaczęły wreszcie odpływać w tak zwaną siną dal, a codzienny siny kolor mgły za oknem zastąpiły żywsze barwy. Jeszcze trochę i tęcza się pojawi. Pojawili się natomiast już na pewno turyści. Jeśli też się wybieracie, spróbujcie zwiedzić go nieco inaczej.

Przewodnik po Paryżu w kolorach tęczy.

 

Czerwony czyli miłość. Wiadomo, Paryż to miasto miłości. Zanim wydacie kasę na romantyczną kolację, która zuboży Wasz portfel i być może pojęcie o romantyczności, lepiej rozejrzyjcie się za mniej typową, a bardziej trwałą uczuciową pamiątką. Nie można wszak przejść obojętnie obok kartki „Pocałunek przed ratuszem” Roberta Doisneau. Oprócz tej romantyczniej znajdziecie mnóstwo innych fotografii słynnego artysty, przedstawiających stolicę i życie jej mieszkańców, czasami w bardzo zabawnych sytuacjach. Wejdźcie do „Fnac”, tutejszego Empiku - na dziale turystycznym aż roi się od albumów, przedstawiających miasto w różnych aspektach: miłość, koty, fontanny, karuzele. Do wyboru do koloru.

 

Pomarańcz czyli… pomarańcz. Cytrusy chyba nikogo w nie zaskakują w żadnym mieście, ale paryskie sklepy, a zwłaszcza rynki kryją w sobie mnogość nieznanych nam gatunków owoców i warzyw, przywożonych regularnie z dawnych kolonii, dziś departamentów zamorskich. W zależności od pory roku – letchi (najczęściej z Madagaskaru), jedyne w swoim rodzaju ananasy Victoria z wysypy Reunion, słodziutkie banany z Martyniki, świeże daktyle i kaki (zwodniczo podobne do pomidorów) z Magrebu. Wpadnijcie na rynek Monge w 5-tym okręgu. A jak już jesteśmy przy Magrebie, to warto spróbować również kolorowych (pastelowych) arabskich ciasteczek na miodzie na przykład w 20-tym okręgu.

 

Żółty czyli słońce - zatłoczony co prawda Paryż dysponuje sporą ilością parków, w których twarz do słońca można wystawić, gdy ma się już dość biegania, albo dzieci, które potrzebują się pobawić. Proponuję przystający do Luwru ogród Tuilerie, gdzie dziecko może na trampolinie poskakać i na karuzeli (staromodnej, tutaj wciąż w modzie) pojeździć, a nawet łódeczki na małym zbiorniczku popuszczać. Dorośli kawę wypić, pospacerować. Na jednym jego końcu wchodzimy do Luwru właśnie, czyli byłego pałacu królewskiego, na drugim wychodzimy na Plac Zgody, z ogromnym, złotym obeliskiem przytarganym przez Napoleona z Egiptu. Także park Luxembourg wart jest spaceru - rzućcie okiem na rezydujący w nim senat.

 

Zielony, czyli przyroda – kilka dni temu weszła w tym kraju ustawa, według której na wszystkich nowych budynkach handlowych stref ekonomicznych sadzić należy zieleń w celach ekologicznych. W zastępstwie można postawić baterie fotowoltaiczne lub turbiny wiatrowe, aby chociaż część zużycia prądu w tych kompleksach została zaspokojona produkcją własną. Co prawda drzewka jeszcze nie rosną na drapaczach chmur, ale zawsze można spróbować popatrzeć na same drapacze w biurowej dzielnicy La Défence. Jeśli wjechać zewnętrzną windą na ten najdziwniejszy, kwadratowy "Wielki Luk", z którego widać jak na dłoni zadrzewione Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny i wiele innych ciekawych budowli i zabytków tego miasta.

 

Błękit. Jeśli „Oprócz błękitnego nieba, nic Ci więcej nie potrzeba” to gorsza sprawa, bo w Paryżu smog jest wszechobecny. Warto więc wpaść do kulistego kina La Géode w parku nauki, techniki i kultury „La Vilette”. Nie trzeba nawet rozumieć francuskiego, żeby podziwiać otaczające nas zewsząd, z zaokrąglonych ścian niebo. Ale i nie tylko. W tak nietypowym miejscu nietypowe ogląda się filmy, a więc dokumenty o podmorskich stworzeniach, o kosmicznych dziurach, o prehistorycznych stworach, o maleńkich, powiększonych na ekranie insektach… Feeria barw (nie tylko błękitu zresztą) i wrażeń. A zaraz obok interaktywna, dotykalna wystawa o nauce dla dzieci „Cité des enfants”.

 

Granat to Sekwana wieczorową porą. Wykupić bilet na jeden ze stateczków po niej pływających, można taki z kolacją  i szampanem na pokładzie. Głębię barw rzeki podkreślają odbijające się w niej niezliczone światełka muzeów, kin, bibliotek, prywatnych pałacyków, kościołów i zwykłych mieszkań oraz sklepików. Stateczek zatrzymuje się przy co ważniejszych zabytkach, a przewodnik opowiada w wybranym języku, co widać zza burty. Zachwycamy się, notujemy i wracamy zwiedzić za dnia. Przepłyniecie bez wątpienia obok polskiej biblioteki, pełnej pamiątek po Wielkiej Emigracji, w tym po Mickiewiczu. Niebo też jest wówczas z reguły łaskawsze i na jego granacie wspaniale odcina się rozświetlona wieża Eiffla…

 

Fiolet – nic na to nie poradzę, kojarzy mi się z odświętnymi szatami kościelnymi. A i w tym temacie jest co zwiedzać. Odstawszy swoje w kolejce (niestety!) wejść po cichutku do katedry Notre Dame i zabawić się w poszukiwacza fioletowych, ale także purpurowych, różowych i czerwonych światełek - jakby magicznych ogników, które zeskoczyły z witraży. Powdychać średniowieczną atmosferę i przyglądnąć się straszliwym maszkarom, które przysiadły (z zewnątrz) na gzymsach katedry. Nie wiadomo dokładnie do kogo szczerzą zęby, ale szanujący stulecia ludzkiej pracy (witrażyści, murarze, architekci, kowale, szklarze, a nawet muzycy stawiali ten i inne olbrzymie kościoły!) turyści nie muszą się chyba obawiać ich strasznych min.

 

A na koniec, aby poczuć tęczę niemal namacalnie – zbiórka przed futurystycznym Centrum Pompidou, gdzie na małym baseniku pływają i radośnie chlapią wodą różnobarwne, dziecinne rzeźby znanej artystki Niki de Saint Phalle.

 

Bawcie się dobrze, kolorowych wrażeń!

 

Agnieszka Abémonti-Świrniak

 

 

 

bottom of page